Przypadki testera oprogramowania, który zaczynał jak Dilbert aż wkroczył na ścieżkę Wallyego...

czwartek, 28 stycznia 2010
Zmierzch Nietykalnych

Jedną z wielu zalet Javy (i ogólnie metodologii Object Oriented) jest zmierzch Nietykalnych. W mrocznych czasach mojej pracy w Firmie SA, w zespole programistów funkcjonowały osobniki zajmujące wąskie nisze: jeden specjalizował się w imporcie plikow, drugi w ich eksporcie, trzeci potrafił oprogramować naliczanie odsetek - ale tylko od kredytów, odsetki od lokat były specjalizacją innego fachowca. Wąską specjalizację umożliwiał antyczny język (hierarchiczne bazy danych anyone?), w którym pisany był nasz system - co prawda nie tak obfuscated jak Perl, ale kod napisany przez jednego programistę mógł być ciężko zrozumiały dla innego. W rezultacie nikt nawet nie próbował grzebać w kodzie kolegów. Jeżeli z jakichś względów trzeba było coś za kogoś poprawiać, niejednokrotnie kończyło się to kodowaniem od podstaw. Nic dziwnego, że specjalizacja dawała poczucie bezkarności.

Dzień pracy Nietykalnego wyglądał mniej więcej tak:

- 9:00: przybycie do pracy, przywitanie z kolegami, szykowanie kawy;

- 9:15: kawa, lektura prasy papierowej i internetowej;

- 9:45: sprawdzenie poczty służbowej;

- 9:55: sprawdzenie poczty prywatnej;

- 10:15: sprawdzenie błędnika;

- 10:25: telefon ze zjebką do testera, który ośmielił się zalogować błąd;

- 10:30: drugie śniadanie;

- 11:00: kodowanie customizacji dla klienta;

- 12:00: odpisywanie szefowi działu testów (cc: szef programistów), że to nie bug ale feature i że było w systemie od zawsze;

- 12:30: wycenianie człowiekogodzin planowanych na poprawki rzekomych błędów (x margines bezpieczeństwa 100%);

- 13:00: obiad;

- 13:45: kawa poobiednia;

- 14:00: wycenianie człowiekogodzin planowanych na kolejne customizacje (x margines bezpieczeństwa 200%);

- 15:00: kodowanie poprawek błędów, które były w systemie od zawsze;

- 15:30: drzemka na zebraniu zespołu;

- 16:00: ciastko i kawa;

- 16:15: osobista wizyta u testera i wyjaśnianie mu, że jest debilem i planktonem;

- 16:30: kodowanie sklepu internetowego dla znajomego znajomego (czymś trzeba sobie zrekompensować skasowane przez zarząd premie);

- 16:55: wrzucenie kodu do katalogu '/BUILD';

- 17:00: wyjazd do domu;

- 17:30: telefoniczne wyjaśnianie inżynierowi systemowemu dlaczego kod  się nie kompiluje (a niby dlaczego PHP ma się skompilować jako MUMPS?);

- 18:00: telefoniczne wyjaśnianie znajomemu znajomego, dlaczego sklep internetowy nie działa (a niby dlaczego MUMPS ma działać pod CGI?).

Obecnie programistów nie obchodzi jak zakodowany jest dany objekt, grunt żeby wystawiał odpowiednie interfejsy. A szeregi Niezastąpionych na szczęście maleją z pożytkiem dla wszystkich.

 

poniedziałek, 21 grudnia 2009
I znów podobieństwo

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że Big Evil Corporations są jak państwa totalitarne - cenzurują internet, zmuszają do pracy w nieludzkich warunkach (precz z open space!), łamią moralne kregosłupy i używają kiepskiej propagandy.

Raportujcie i eskalujcie towarzysze!

 

23:41, tatamaxa , IRL
Link Komentarze (3) »
piątek, 04 grudnia 2009
Podobieństwo

Czasem praca testera przypomina policyjne śledztwo. Sposoby ekspresji też - szczególnie kiedy trzeba zostać po godzinach a ekspres do kawy akurat się zepsuł.

02:04, tatamaxa
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 26 października 2009
Free Lancing

Na początku mrocznych lat osiemdziesiątych, kiedy punki tłukły poppersów (pamięta ktoś to zjawisko?) a metale punki, kierując się wrodzonym indywidualizmem postanowiłem zostać fanem jazzu. Koledzy i koleżanki patrzyli na mnie z pobłażaniem zmieszanym z litością, jazz kojarzył im się tylko z chaotycznym pierdzeniem w saksofon albo festiwalem Złota Tarka. Słuchacze Lombardu i Lady Pank nawet nie wyobrażali sobie, jaki wykurw niosą solówki Milesa czy Jamesa Blood Ulmera - ci dwaj występowali na Jazz Jamboree 1983. O ile Milesa znali wszyscy, Ulmer był totalnym zaskoczeniem. Pamiętam jak słuchając brudnego brzmienia jego gitary zastanawiałem się, co znaczy tytuł płyty "Free Lancing".

Dziś sam jestem dziadkiem freelancerem a freelancing uważam za idealne antidotum na znudzenie i wypalenie nieodłącznie towarzyszące zawodowi testera (mój rekord - 3 miesiące od podjęcia pracy do wystąpienia objawów syndromu wypalenia). Gdyby jeszcze agencje płaciły "postojowe"...

środa, 21 października 2009
Reaktywacja

OK, 182 głosów za, 11 przeciw (już do was leci ping of death, leszcze). Obiecuję napisać nową notkę do końca tygodnia.

P.S. A chwaliłem się już, że znalazłem nową pracę?

poniedziałek, 03 sierpnia 2009
Reaktywacja(?)

Sprawdziłem z nudów statystyki i okazało się, że blog ma ciągle czytelników, a nawet od czasu do czasu ktoś coś skomentuje. Ponieważ wciąż mam dużo wolnego czasu i parę niezałatwionych porachunków (fuck Zen), mógłbym jeszcze trochę pociągnąć. Chcecie?

środa, 18 marca 2009
Stan zen

Chyba osiągnąłem etap akceptacji (w modelu Kübler-Ross) mojego braku pracy, już nie chce mi się nawet pisać o żenadzie uprawianej przez polskie firmy headhunterskie.

Bycie bezrobotnym zaczyna mi się podobać - codzienne spacery z synkiem, objaśnianie mu świata, rozwój umiejętności kulinarnych, czas na zaległe lektury i filmy. Żeby jeszcze jakaś kaska spływała na konto... Niestety, rynek chyba nie wchłonie kolejnego bloga kolejnego tatusia, muszę wymyśleć coś nowego. Tylko co? Może wiosenne przesilenie przyniesie jakieś satori?

15:10, tatamaxa , IRL
Link Komentarze (14) »
czwartek, 22 stycznia 2009
Sytuacja na rynku pracy strikes back

A to zamiast komentarza:

02:28, tatamaxa , IRL
Link Dodaj komentarz »
środa, 26 listopada 2008
Macstein
Przeszczep się powiódł, denat ożył. Operacja była przeprowadzona w noc Halloween, w świetle zniczy nagrobkowych i do wtóru demonicznego śmiechu.
00:38, tatamaxa , IRL
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 24 listopada 2008
Powrót

Z powodu Ważnych Spraw Rodzinnych powróciłem do Bolandy na czas nieokreślony. Niestety, obietnice pracy zdalnej dla firmy w Dublinie rozmyły się w kaskadzie spychologicznej ("ja nie widzę problemu, ale HR...", "w zasadzie można, ale księgowość..."). Hak im w smak i kij im w oko, niech sobie teraz szkolą przez pół roku nowego.

Nie było mnie we Wrocku prawie dwa lata, a czuję się jakby to były zaledwie dwa tygodnie. Zniknął Poltegor i pojawiło się parę nowych budynków, poza tym bez zmian albo zmiany na gorsze:

  • z ofertami pracy kiepsko; jeżeli są jakieś wyglądające sensownie, oferowana maksymalna kwota brutto stanowi moje minimum netto;
  • korki na ulicach większe;
  • ilośc debili za kierownicą też;
  • psie gówna wszędzie (w Dublinie można się było bezpiecznie turlać na trawnikach).

Zderzenie propagandy sukcesu z rzeczywistością jest bolesne, tym bardziej, że w tle czai się Kryzys. A tu "Der Dziennik" donosi, że Tusk wybiera się do Londynu namawiać do powrotów. Niech spada do Peru.

 

23:05, tatamaxa , IRL
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9